fot.: Karolina i Marcin Osmyccy z córką, fot. Marcin Sójka
Trzy lata, dwójka dzieci, dwie prace zawodowe i budowa pochłaniająca każde wolne popołudnie oraz niemal każdy weekend. Karolina i Marcin Osmyccy z Orzysza postawili dom metodą gospodarczą – tak jak tysiące Polaków, którzy liczą, że własne ręce okażą się tańsze niż ekipa. Udało się, tylko końcowy rachunek wygląda inaczej, niż zakładał pierwszy kosztorys. – Było warto, ale na pewno nie było łatwo – mówią w rozmowie z Nieruchomosci-online.pl.
Karolina i Marcin opowiadają o trzyletniej budowie własnego domu bez upiększeń, łącznie z kwotami, błędami i momentami, w których mieli ochotę wszystko rzucić. – Od początku wiedzieliśmy, że chcemy mieć własny dom i że część prac chcemy wykonać sami. Oboje wychowaliśmy się w domku jednorodzinnym, mamy dwójkę dzieci, chcieliśmy przestrzeni – mówią.
– Głównym powodem były oczywiście względy finansowe. Na początku wydawało nam się, że nie będzie aż tak trudno, że jakoś damy radę. Chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, ile czasu, energii i wyrzeczeń będzie nas to kosztowało – przyznają dziś.
Sami zbudowali dom. Oto ich bilans zysków i strat
Zaczęli od budżetu i zeszytu. – Oczywiście mieliśmy założony budżet i staraliśmy się go pilnować. Z czasem jednak pojawiały się kolejne wydatki, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Ceny materiałów, dodatkowe prace, poprawki czy rzeczy, o których na początku nawet nie wiedzieliśmy, że będą potrzebne – wszystko to sprawiało, że ostateczny koszt był wyższy od początkowych założeń – mówi Marcin.
Dziś nie potrafią podać jednej, ostatecznej liczby. – Nie jesteśmy w stanie wrócić do kwoty, przysłowiowy „kajecik z wydatkami” przestaliśmy prowadzić po około pół roku budowy – mówią szczerze.
– Staraliśmy się robić samodzielnie wszystko, co tylko było możliwe. Dzięki temu mogliśmy sporo zaoszczędzić, ale wymagało to ogromnego zaangażowania i nauki wielu rzeczy od podstaw – dodaje Karolina. Były jednak obszary, w których świadomie postawili granicę. – Przy bardziej specjalistycznych pracach korzystaliśmy oczywiście z pomocy fachowców, bo nie chcieliśmy ryzykować bezpieczeństwem czy późniejszymi kosztownymi poprawkami, dlatego hydraulikę, montaż okien oraz pieca zleciliśmy firmie zewnętrznej – tłumaczą.
140 tys. zł oszczędności na samej bryle i 20 tys. zł za hydraulikę, zamiast 3 tys. zł
Czy rzeczywiście wyszło taniej? – Na pewno udało nam się zaoszczędzić sporo pieniędzy, ale trudno przeliczyć na konkretną kwotę wszystkie godziny naszej pracy – odpowiada Karolina, ale od razu dodaje, że jedną liczbę pamięta doskonale. – Realna oszczędność to bryła domu, czyli stan surowy otwarty. Tu oszczędność sięgała około 140 tys. zł – precyzuje.
I dodaje: – Dzisiaj wiemy, że oszczędność była realna, ale miała swoją cenę. Był nią przede wszystkim nasz czas, zmęczenie i wiele wyrzeczeń. Czy było warto? Chyba tak, ale nie powiedzielibyśmy, że było łatwo.

Największe zaskoczenia przyszły z pozycji, których w kosztorysie pierwotnie nie było. – Najbardziej zaskakiwało nas to, jak wiele drobnych wydatków pojawia się po drodze. Każda pojedyncza rzecz wydaje się niewielka, ale kiedy zaczyna się je sumować, robi się z tego naprawdę duża kwota. Do tego dochodziły zmiany, poprawki i rzeczy, których na początku po prostu nie byliśmy w stanie przewidzieć – wylicza Marcin.
Jedna pozycja przebiła wszystkie inne. – W budżecie na hydraulikę zaplanowaliśmy 3 tys. zł, realnie kosztowała 20 tys. zł. Nie mieliśmy po prostu pojęcia, że koszt materiałów jest tak wysoki i ilość potrzebnych elementów będzie aż tak duża – dodaje mężczyzna.
– Oczywiście nie wszystko od początku wychodziło idealnie. Budowa metodą gospodarczą oznacza też uczenie się na własnych błędach. Na szczęście większość problemów udało się rozwiązać, choć czasami kosztowało nas to dodatkowy czas, pieniądze i nerwy – mówi Karolina. I wspomina, choć z uśmiechem, jeden błąd, który zapamiętali szczególnie. – Konstrukcja dachu. Brak doświadczenia skutkował np. koniecznością prostowania konstrukcji pod pokrycie dachowe. Ten element błędu pamiętamy najbardziej.
Najtrudniejszy sprawdzian? „Mieliśmy poczucie, że tej codzienności rodzinnej nam brakuje”
A jak wyglądał ich typowy tydzień w okresie najintensywniejszych prac, biorąc pod uwagę pracę zawodową i opiekę nad dziećmi? – To był chyba najtrudniejszy element całej budowy. Normalna praca, dzieci, obowiązki domowe, a po wszystkim zamiast odpoczynku – budowa. Weekendy, które normalnie przeznaczylibyśmy na rodzinny czas, bardzo często spędzaliśmy przy domu. Przez długi czas właściwie żyliśmy między pracą, domem i tylko budową – wspominają.
– Dzieci oczywiście też odczuły ten czas. Najtrudniejsze było to, że momentami były po prostu bez taty. Marcin bardzo dużo pracował przy budowie i wielokrotnie wracał do domu naprawdę wykończony. To było dla nas trudne, bo z jednej strony wiedzieliśmy, po co to robimy, a z drugiej mieliśmy świadomość, że dzieci potrzebują naszego czasu i obecności – mówi Karolina.
– Staraliśmy się im tłumaczyć, że budujemy coś dla naszej rodziny i że kiedyś będziemy wspominać ten czas jako etap, który wspólnie przeszliśmy. Ale prawda jest taka, że były momenty, kiedy mieliśmy poczucie, że tej codzienności rodzinnej nam brakuje – dodaje.
Na pytanie o to, co dla ich relacji w małżeństwie było najtrudniejszym sprawdzianem w ciągu kilku lat budowy domu, odpowiadają bez wahania. – Zmęczenie. Zdecydowanie zmęczenie. Kiedy oboje jesteście zapracowani, macie dzieci, obowiązki i jeszcze budowę, bardzo łatwo o nerwy i brak cierpliwości. Czasami zwykła drobnostka potrafiła wywołać niepotrzebną kłótnię, bo każdy był już po prostu zmęczony – stwierdza Karolina. – Budowa nauczyła nas jednak też współpracy, rozmowy i tego, że czasami trzeba odpuścić. Nie wszystko musi być zrobione od razu.


„Po co my to sobie robimy?”
Zgodnie też przyznają, że były momenty kryzysowe, w których chcieli rzucić budowę. – Tak, były takie momenty. Szczególnie wtedy, kiedy zmęczenie było już naprawdę ogromne i pojawiało się pytanie: „Po co my to sobie robimy?”. Marcin wielokrotnie był wykończony fizycznie. Bywały chwile zwątpienia, ale później przychodził kolejny dzień i po prostu robił swoje – wspomina Karolina.
Oboje są też zgodni: – Bywały dni, że cieszyła mała wykonana praca, ale były też takie, że nawet duży skok nie cieszył. I dodają zdanie, które w tej historii jest kluczowe: – Chyba najważniejsze było to, że mieliśmy cel i wiedzieliśmy, że kiedyś w końcu usiądziemy w swoim domu na własnej kanapie.

– Przede wszystkim mieliśmy trochę mniej wolnego czasu. Trudniej było znaleźć czas na odpoczynek, spotkania ze znajomymi czy po prostu spokojny, leniwy weekend – mówią. Pilnowali jednak, by budowa nie pochłonęła wszystkiego. – Mimo wszystko staraliśmy się znaleźć w tym wszystkim trochę równowagi. Nie chcieliśmy, żeby przez te kilka lat całe nasze życie kręciło się tylko wokół budowy. Dlatego, kiedy tylko mogliśmy, staraliśmy się spędzać czas razem, szczególnie z dziećmi. Czasami trzeba było po prostu na chwilę odłożyć prace. Myślę, że to było bardzo potrzebne – zaznacza Karolina.
Znaleźli na to własny sposób: zamiast uciekać z budowy, zabierali na nią rodzinę. – Bywało, że wspólny czas spędzaliśmy na budowie, paląc pierwszego prowizorycznego grilla. Jedliśmy obiady na styropianie, a dzieci zaraz po nim grały również na nim w planszówkę. My w tym samym czasie krzątaliśmy się, wykonując podstawowe prace, na przykład porządki. Staraliśmy się łączyć to, co potrzeba dla budowy oraz dla rodziny.
Bywało jednak, że zmęczenie fizyczne i presja czasu również dawały o sobie znać. – Chyba nie zawsze sobie radziliśmy. Były momenty, kiedy po prostu trzeba było zrobić przerwę. Najważniejsze było jednak, żeby nie stracić z oczu tego, po co to wszystko robimy. Powtarzaliśmy sobie, że to jest etap i że kiedyś się skończy – mówią. – I tak mijały miesiące od etapu do etapu. Czas szybko zleciał, a wiadomo, czas łagodzi myśli i stany fizyczne – dodają z uśmiechem.
Pierwsza noc we własnym domu
– Do naszego domu wprowadziliśmy się dokładnie dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Pamiętam ogromną ulgę i niedowierzanie, że po tych wszystkich miesiącach pracy w końcu naprawdę możemy tu zostać – wspomina Karolina. – Nigdy nie zapomnę dźwięku, kiedy dzieciaki szły się kąpać – pod ich kapciami jeszcze gdzieniegdzie zgrzytał piasek. To było trochę śmieszne, trochę wzruszające, bo przecież dom nie był jeszcze idealnie wykończony, ale był już nasz.
– Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Jeszcze chwilę wcześniej była budowa, kurz, materiały i ciągłe myślenie o tym, co trzeba zrobić, a nagle siedzieliśmy w naszym domu i przygotowywaliśmy się do pierwszych wspólnych Świąt. To był naprawdę trudny okres, ale właśnie wtedy chyba po raz pierwszy poczuliśmy, że wszystkie te wyrzeczenia, zmęczenie i nieprzespane noce miały sens. I tej pierwszej nocy, a właściwie tych pierwszych dni przed Świętami, chyba nigdy nie zapomnimy – dodaje Marcin.
– Do momentu, kiedy mogliśmy się wprowadzić i normalnie zamieszkać, budowa trwała około trzech lat. To były trzy bardzo intensywne lata. Było to dla nas ogromne wyzwanie, wymagające zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Budowa zabierała mnóstwo czasu i energii, a dzieci nieraz były bez taty, bo zamiast spędzać z nimi popołudnie czy weekend, trzeba było jechać na budowę i zrobić kolejne rzeczy – podsumowują.
– Dzisiaj patrzymy na to trochę spokojniej. Wiemy, że nie był to łatwy czas i że wiele nas kosztował. To nie jest tylko budynek. To trzy lata naszego życia, wyrzeczeń, zmęczenia, czasami łez i zwątpienia, ale też wspólnego celu – mówią. I dodają: – Do dziś, gdy o tym myślimy, w oczach są łzy wzruszenia. Tego naprawdę się nie da opowiedzieć – budowy własnymi rękami oraz tego, jakie uczucia towarzyszą takiemu wyzwaniu.
Czy zrobiliby to jeszcze raz?
– Dzisiaj pewnie część rzeczy zlecilibyśmy wcześniej fachowcom. Nie dlatego, że żałujemy budowy, ale dlatego, że wiemy już, ile kosztuje nasz czas i zdrowie – mówią Karolina i Marcin. – Jednocześnie nie wiem, czy zamienilibyśmy własny dom na dom z rynku wtórnego. Chyba jednak jeszcze raz podjęlibyśmy się budowy, tylko mądrzej i pewnie z większym doświadczeniem – wtrąca Karolina.
Co zmieniliby konkretnie? – Przede wszystkim lepiej zaplanowalibyśmy czas i budżet. Zdecydowanie wcześniej zlecilibyśmy niektóre prace i nie próbowalibyśmy wszystkiego robić samodzielnie. Dzisiaj wiemy, że czasami warto zapłacić za fachową pracę. Wiadomo – oszczędzasz pieniądze, ale w zamian tracisz wiele godzin własnego życia – precyzuje.
Ich zyski to z pewnością około 140 tys. zł oszczędności na samym stanie surowym otwartym, dom skrojony pod własne potrzeby, umiejętności zdobyte od podstaw i doświadczenie wspólnego celu. Straty: trzy lata bez wolnych weekendów, przewlekłe zmęczenie, poczucie braku czasu dla dzieci i budżet, który rozjechał się z założeniami na tyle, że nasi bohaterowie szybko przestali go liczyć. A czy było warto? Karolina i Marcin odpowiadają najuczciwiej, jak się da: – Chyba tak, ale nie powiedzielibyśmy, że było łatwo.

Jeśli rozważasz budowę metodą gospodarczą, warto wyciągnąć z tej historii kilka wniosków:
|




