Asfalt, na którym pierwsze okrążenia pokonują już kilkulatki, a po ich śladach nawet 70-latkowie. Hala 2500 mkw., drugie tyle toru pod gołym niebem i flota, w której znajdzie się maszyna dla każdego – od malucha mierzącego 100 cm wzrostu po dorosłego maniaka, który chce poczuć adrenalinę. Tor kartingowy w Opolu trafił na sprzedaż. Ale nie chodzi tu o sam budynek, lecz o całą firmę, która od ponad ćwierć wieku trzyma się czołówki takich obiektów w Polsce.
***
„Patrz, jaka nieruchomość!” to cykl, w którym opisujemy najbardziej zaskakujące ogłoszenia pojawiające się w naszym portalu. Będziemy w nim odkrywać dla Was mniej znaną stronę rynku nieruchomości. Czasami będzie to zapomniany budynek sprzed setek lat, czasami perełka architektury czy supernowoczesny dom prawie jak z filmu science fiction. Zawsze będzie jednak nietypowo.
***
Historia Toru Kartingowego K1 w Opolu to opowieść o pasji, która z czasem przerodziła się w solidny biznes. Firma powstała pod koniec 1999 roku przy ulicy Magazynowej w Opolu, na początku w niewielkiej hali. Wraz z rosnącym zainteresowaniem klientów właściciele podjęli decyzję, która okazała się przełomowa – w 2008 roku zmienili lokalizację. – Wszystko od podstaw było tu budowane – opowiada współwłaściciel toru kartingowego Tomasz Gucwa w rozmowie z portalem Nieruchomosci-online.pl, gdzie pojawiło się to nietypowe ogłoszenie.
Skąd w ogóle wziął się pomysł na karting? Tomasz Gucwa i jego wspólnik mieli w głowie konkretną wizję, opartą na własnych doświadczeniach. – Obaj ze wspólnikiem jesteśmy rajdowcami-hobbystami. Ale zanim to wszystko powstało u nas, pojechaliśmy w latach 90. do Chorzowa, by zobaczyć, jak to tam wygląda, bo to był jedyny najbliższy tor w tamtym momencie. Jeśli chodzi o chorzowską flotę w tamtym okresie, nie było z tym najlepiej. I dlatego my zawsze się staramy, żeby te karty były naprawdę na najwyższym poziomie – mówi pan Tomasz.
Ta jedna wizyta w Chorzowie pod koniec lat 90. zaważyła na DNA opolskiego toru kartingowego. Sprzęt miał być jakościowy, podobnie jak sam tor. Nie namiastka rozrywki, tylko coś, na czym można uczyć się jeździć.
Ponad pół kilometra asfaltu i flota dla każdego
Dziś opolski K1 to obiekt, który robi wrażenie, także metrażem. Hala główna ma 2500 mkw. Do niej przylega tor zewnętrzny zajmujący 2000 mkw. W sumie obie pętle dają tor o łącznej długości 550 m – w przybliżeniu po 225 m każda. Co również istotne: tor jest wylany asfaltem, a nie betonem.
– Warto także podkreślić, że bardzo mało torów, zwłaszcza w okolicach Opola, ma asfalt. Dzięki asfaltowi jest natomiast lepsza przyczepność i lepiej po prostu się jeździ – tłumaczy Paulina Gucwa, córka pana Tomasza. W hali ściany są z kolei betonowe, dach kryty blachą, a obie pętle – wewnętrzna i zewnętrzna – są ze sobą połączone, więc gokart wyjeżdża z hangaru wprost na świeże powietrze i wraca pod dach.
Flota? Robi wrażenie różnorodnością. – Mamy gokarty dla każdego. Od dzieci mierzących minimalnie 100 cm wzrostu po osoby dorosłe. Nasza flota liczy cztery rodzaje kartów, żeby każdy mógł skorzystać i dobrze się bawić – wylicza Tomasz Gucwa.
Najmniejsze maszyny, przeznaczone dla dzieci, to dwie sztuki. Cztery gokarty pośrednie – nazywane juniorami – przeznaczone są dla młodzieży i drobniejszych dorosłych. Trzonem floty jest dwanaście nowych gokartów RIMO, które właściciele kupili na dwudziestolecie firmy. Najbardziej wymagająca część floty to sześć potężnych RIMO Maxi. I do nich nie wsiada się od ręki.
– Maxi są dla osób, które mają już pojęcie o tym sporcie, które już kiedyś jeździły i potrafią pokazać, że są w stanie opanować taką bestię z 18 KM. Jest bardzo duża różnica pomiędzy normalnymi kartami a tymi Maxi. Ze względu na bezpieczeństwo wymagamy, żeby najpierw pojeździć na tych mniej wymagających maszynach, a dopiero później zaczynać na tych mocniejszych – zaznacza Tomasz Gucwa. Do tego doliczyć trzeba jeszcze sześć gokartów ze starszej floty. Łącznie tor w Opolu ma na wyposażeniu 30 maszyn gotowych do jazdy.
Nie tylko tor kartingowy. Są też restauracja, warsztat, patio i panele fotowoltaiczne
Inwestor, który zdecyduje się przejąć obiekt w Opolu, dostanie znacznie więcej niż dwa równolegle biegnące pasy asfaltu. Pierwsze, co widać po wejściu na teren, to strefa gastronomiczna – działa tu restauracja, klimatyzowana i ogrzewana, z zapleczem kuchennym oraz ogródkiem. Od lat organizuje się tu imprezy integracyjne, firmowe, urodziny, a nawet wieczory kawalerskie czy panieńskie.
– Na naszym torze nakręcono także teledysk muzyczny i gościł tu zespół taneczny, który wykorzystał obiekt do promocji swoich materiałów wideo. Dzieje się u nas naprawdę dużo – podkreśla córka właściciela.
Z tyłu hali znajduje się warsztat, a właściwie dwie jego części. – Typowo do kartingów i strefa pod auta. Pod prywatne samochody – uściśla Paulina Gucwa. Warsztat samochodowy nie jest odrębnym budynkiem – wszystko jest połączone i można swobodnie poruszać się pomiędzy poszczególnymi strefami.
Do dyspozycji są ponadto dwa parkingi: jeden dla klientów, drugi dla pracowników. – Dwadzieścia aut na spokojnie się zmieści – szacuje córka właściciela. Z patio, dobudowanego do hali, można oglądać zmagania kierowców na torze zewnętrznym.
Obiekt jest też przygotowany na obecne realia kosztowe. – Zainwestowaliśmy w odnawialne źródła energii. Teraz doszedł magazyn energii, więc cały czas się rozwijamy – dodaje Paulina Gucwa. To detal, który dla potencjalnego nabywcy ma wymiar bardzo policzalny – energia to dziś najczulsza pozycja w kosztach prowadzenia takiego obiektu.
Za tym biznesem stoją ludzie z pasją
Cena ofertowa toru kartingowego w Opolu wynosi 9,5 mln zł. Dlaczego firma trafia na sprzedaż? Powód jest prosty i – jak to z biznesami rodzinnymi bywa – nie do końca biznesowy.
– Człowiek z każdym rokiem nie jest młodszy. A jeśli chodzi o młodsze pokolenie, czyli moje dzieci i dzieci mojego wspólnika, mają na siebie inny pomysł, choć oczywiście bardzo nas wspierają i są częścią firmy. Tak więc lepiej jest po prostu sprzedać firmę, by spokojnie przejść na emeryturę – tłumaczy Tomasz Gucwa.
Rozmowy o przejęciu biznesu przez dzieci oczywiście się pojawiały. – Żadne z nas nie poprowadzi jednak takiej firmy tak dobrze, jak prowadzi je mój tata i jego wspólnik. A trzeba mieć do tego także biznesową głowę – zaznacza Paulina Gucwa.
Bo Tomasz Gucwa to człowiek, który nie tylko wybudował K1 razem ze wspólnikiem, ale od samego początku istnienia firmy jest tam codziennie. Rajdowiec hobbystyczny ze sporą kolekcją sukcesów, fan motorsportu od najwcześniejszych lat. Co ciekawe, pasja do motoryzacji nie była rodzinnym dziedzictwem – jego ojciec był hokeistą Odry Opole.
– Od małego ta motoryzacja jednak gdzieś tam była – mówi pan Tomasz. A jego córka dodaje: – Mój tata sam do wszystkiego doszedł. Wszystko, co teraz umie i co osiągnął, zawdzięcza sobie. I do dziś pamiętam jedną akcję. Tata miał gokarta wyczynowego. I na jednym z rajdów nie pojechał autem, tylko właśnie tym gokartem. Zaskoczeni byli wszyscy. Czy trzeba coś więcej do tego dodawać? Tyle, ile samochodów tata przerobił przez te wszystkie lata, to głowa mała.
Kobiety coraz bardziej kochają ten sport
Lista marek, które przez lata gościły na torze, brzmi imponująco. – Współpracowaliśmy z Coca-Colą, z Pepsi, współpracujemy z Żywcem, mieliśmy współpracę z Mercedesem, z Toyotą, z producentami opon. Duże firmy z nami pracowały przez ten cały okres – wylicza pani Paulina w rozmowie z Nieruchomosci-online.pl.
Ale prawdziwą siłą K1 są klienci indywidualni i ich różnorodność. Od kilku lat na tor coraz częściej trafiają też panie. – Nawet zajawkę mają większą niż panowie. Może dlatego, że utarło się w społeczeństwie, iż to sport przeznaczony wyłącznie dla mężczyzn. A kobiety pod prąd lubią przecież iść – śmieje się Paulina Gucwa.
Bywają też goście skrajni wiekowo. Kiedy pytamy o rekordy, pani Paulina odpowiada bez wahania: – Najstarszy kierowca? 73-latek. Przyjechał z wnuczkiem, żeby się pościgać. A najmłodszy? Trzy i pół roczku. Samodzielnie siedział w tym w gokarcie, najpierw uczył się obsługi pedału gazu i hamulca, a potem zaczął śmigać. Czasami dzieci radzą sobie lepiej niż dorośli. Jeżeli ktoś się czuje na siłach, chce poczuć tę adrenalinę i po prostu chce się dobrze pobawić, to zapraszamy. Ograniczeń wiekowych nie ma.
Gotowy biznes, działający od zaraz
W opolskim K1 działają ponadto trzy szkółki kartingowe – dla najmłodszych, dla średniaków i dla osób na największych gokartach. – Mamy dwóch chłopców, którzy w naszej szkółce są już naprawdę długo. Jeden jest teraz we Wrocławiu i jeździ na zawody. Szkolimy talenty, żeby mogły dalej się rozwijać – mówi z dumą Paulina Gucwa.
A że szkółka uczy nie tylko jazdy w kółko, potwierdzają sami kursanci. – Często rozmawiam z rodzicami i z samymi dziećmi. Mówią, że są wdzięczne, że mogły chodzić do nas na szkółkę, bo to dało im dużo wiedzy i doświadczenia. Wielu z nich jest już dziś dorosłych i mówią, że to, czego nauczyli się u nas, wykorzystują teraz na co dzień, nawet przy prowadzeniu samochodu – podkreśla córka właściciela.
Opolski tor kartingowy współpracuje też ze szkołami i miastem – z miejskim MOSiR-em, z jedną z opolskich szkół średnich, ale firma pojawia się również na lokalnych imprezach charytatywnych. – Angażowanie się w życie miasta i jego mieszkańców jest dla nas również istotne – mówi Tomasz Gucwa.
Szkółka, mistrzowie i lekcja koncentracji
Opolski tor kartingowy nie wymaga remontów. To gotowy biznes dla nowego właściciela.
– Sprzedajemy całą firmę. Mieliśmy pytania od potencjalnych kupców, czy jest możliwość kupienia na przykład tylko hali albo tylko toru zewnętrznego. Tylko jak mielibyśmy to podzielić? Sprzedajemy całość. Cały czas funkcjonujemy. Dziesiątki tysięcy ludzi przewinęło się przez te 20 lat. Ten biznes cały czas generuje zyski – tłumaczy właściciel obiektu. – I najpiękniejsze jest to, że jak człowiek opuszcza już tor, to widać ten uśmiech i to takie zadowolenie. I ludzie do nas wracają. To chyba najlepsza recenzja dla firmy – dodaje jego córka.
Nowy nabywca dostanie zatem halę, dwa parkingi, restaurację z zapleczem, warsztat samochodowy, dwie pętle toru, flotę kilkudziesięciu gokartów, fotowoltaikę z magazynem energii, bazę klientów, kontrakty i markę zbudowaną przez ponad ćwierć wieku. – Nic nie wymaga remontu. Wszystko jest w bardzo dobrym stanie. Jedyne, co naprawdę zależy od kupca, to jego wizja na to miejsce – mówi Paulina Gucwa.
Zainteresowanie ofertą jest, choć jak to przy sprzedaży specjalistycznego obiektu – decyzja wymaga czasu. – Mieliśmy kilku potencjalnych nabywców, którzy przyszli obejrzeć obiekt. Nie każdy jednak jest w stanie prowadzić taką firmę – tłumaczy pani Paulina. A czy jej samej jest trochę żal, że tor został wystawiony na sprzedaż? – Jak mój tata jest szczęśliwy, ja również jestem szczęśliwa – podsumowuje w rozmowie z Nieruchomosci-online.pl.
Czytaj poprzednią część naszego cyklu „Patrz, jaka nieruchomość!”: Zabytkowa forteca







